Łemkowszczyzna
Aug 27th, 2009 by nemunas
Pierwszą moją wyprawą w rejon Beskidu Niksiego były okolice Krosna i Iwonicza. Była to jednocześnie moja pierwsza podróż w rejony południowo-wschodniej Polski. Wyjazd ten zaplanowałem w połowie sierpnia 2005r.
Trasa mojej wędrówki z Warszawy do Iwonicza biegła przez Garwolin, Lublin, Kraśnik, Janów Lubelski, Rzeszów, Miejsce Piastowe – wszystkiego raptem około 400km.
Zmartwiło mnie to, ze w dniu wyjazdu zaczął padać deszcz. Droga nie należała do łatwych i przyjemnych: najpierw korek w Garwolinie (było to jeszcze przed oddaniem do użytku obwodnicy), koleiny pełne wody, przejazd przez Lublin w szczycie popołudniowym (aczkolwiek udało mi się w miarę szybko przejechać przez to miasto), remont krajowej 9 za Rzeszowem – w każdym razie byłem spóźniony o godzinę od zakładanego czasu przejazdu (a przed każdym wyjazdem nową trasą układam sobie orientacyjny rozkład przejazdu, uwzględniając rodzaj drogi, ilość mijanych miast i miejscowości oraz ukształtowanie terenu). Wieczorem dotarłem do Iwonicza Zdrój – pięknie położonego uzdrowiska, schowanego gdzieś w Beskidzie Niskim.
Pierwsze wrażenie (jeśli chodzi o napotkane miejsca) jest dość ważne. Iwonicz Zdrój zrobił na mnie dobre wrażenie, dużo lepsze nawet od oczekiwanego. Zdrój jest położony na uboczu, kilka kilometrów od samego Iwonicza. Tego wieczora miałem ochotę na dwa piwa przy otwartym oknie pensjonatu, urokliwie położonego blisko parku zdrojowego, aczkolwiek sam widok z okien nie był zbyt zachęcający z powodu znacznego zagęszczenia zabudowy.
Moje przeczucie co do deszczowej pogody potwierdziło się następnego dnia rano, gdy okazało się, że po całonocnych opadach nadal pada deszcz. Nie straszne mi jednak takie warunki, zatem około 10.00 wyjechałem w stronę Krosna, kiedyś stolicy województwa krośnieńskiego, a obecnie miasta powiatowego w województwie podkarpackim.
Mijając wąskie i kręte uliczki centrum miasta dotarłem w rejon krośnieńskiego rynku. Miałem nadzieję, że centralne miejsce każdego starego miasta zachwyci mnie na tyle, by stało się jak magnes, przyciągając ponownie za jakiś czas. Niestety zachodnia i północna pierzeje rynku nie były tym magnesem. Mój wzrok siłą rzeczy przykuwał się do ruin budowli stojącej vis a vis mnie, straszącej zabitymi dechami oknami i czekającej na solidny remont. Pierzeje południowa i wschodnia prezentowały się natomiast całkiem sympatycznie.
Miłym zaskoczeniem był dla mnie pobyt w sklepie piekarniczym, gdzie czuć było jeszcze tradycję piekarską sprzed pokoleń, a dostępne w asortymencie bułki, precle, rogale, paluchy czy słodkości mam w pamięci jeszcze do teraz. Tak już mam, że lubię próbować specjałów lokalnych, w tym wyrobów piekarzy i innych rzemieślników.
Po krótkim pobycie w Krośnie wyjechałem na zachód w stronę Jasła i Gorlic. Moim celem były cerkwie w rejonie Krępnej i Dukli, w pięknym i dzikim miejscu w rejonie Magurskiego Parku Narodowego. Jasło jest typowym podkarpackim małym miastem przemysłowym, witającym gościa szarzyzną domów przy głównej ulicy, zatem bez żalu żegnam Jasło, kierując się na Nowy Żmigród, już na południe w stronę gór. Z każdym kilometrem trasy zmienia się ukształtowanie terenu – zanika nizinny krajobraz doliny rzek Jasiołki i Ropy, a i towarzysząca mi po prawej Wisłoka to oddala się od drogi to przybliża się, tworząc urokliwe zakola i jary. W Nowym Żmigrodzie czuć już wolniej płynący czas, a gdy powieje wiatr z południa czuć także taki błogi spokój. Bocznymi drogami dostałem się do Krępnej – niezbyt dużej gminnej wsi zewsząd otoczonej granicami parku narodowego, by udać się kilka kilometrów na zachód do jednej z piękniejszych cerkwi łemkowskich położonej w Kotaniu.
Cerkiew ta jest pięknie położona za wsią na wzgórzu, jak dobrze że postawiono tabliczki informacyjne dla kierowców i turystów niezmotoryzowanych – nie trzeba nikogo pytac o drogę;) Pierwszą rzeczą, która do mnie dotarła była cisza panująca w okolicy cerkwi, niezmącona ani ujadaniem zwierząt, ani gwarem ludzi, czy szumem rzeki. Tylko co jakiś czas drzewa szumiały na wietrze i zapewne opowiadały swoją historię. Czytelnikom chciałbym zwrócić uwagę na jedno – jest w tym miejscu jakaś magiczna moc, której ani ogarnąć nie potrafię, ani zrozumieć nie zamierzam. I nie zdarzyło mi się to później, a przynajmniej nie w takim stopniu, byc może dlatego że cerkiew w Kotaniu była pierwszą tego typu budowlą, którą widziałem w rzeczywistości.
Cerkiew w Krępnej stoi z tyłu nowego kościoła. Łatwo doń trafić, jej trzy wieże są widoczne już z oddali. Teren wokół zadbany, jakby mieszkańcy wiedzieli, że także w ten sposób zachowują dziedzictwo przeszłości dla potomności.

Dalsza droga prowadzi doliną Wisłoki, staje się jednak coraz gorsza, a w odległości 3 kilometrów od Olchowca wręcz nie do zniesienia dla mojego małego samochodu. Na ostatnim odcinku, licząc każdą dziurę wypełnioną wodą, zapatrzony w linię drzew, łapczywie czekałem kolejnego zakrętu w nadziei na poprawę drogowej sytuacji.
Olchowiec jest praktycznie wsią na końcu świata, aczkolwiek bardzo ładnie położoną wzdłuż środkiem płynącego potoku. By dość do cerkwi trzeba pokonać stary most i podejść kilka metrów pod górę. Widok jednak zachwyca a cisza i spokój tak potrzebne także zmarłym, chowanym zwyczajowo obok cerkwi, daje duże poczucie wewnętrznego spokoju.
Wracam w stronę Iwonicza – kierując się na Duklę. Po pokonaniu kilku kilometrów na trasie pojawia się Chyrowa oraz cerkiew posadowiona przy strumieniu, w oddaleniu od zabudowań wsi. Cerkiew jest dobrze widoczna z drogi, która tutaj wspięła się znacznie ponad dolinę.
Droga do miejsca noclegowego w iwoniczu wiodła mnie przez Duklę i Miejsce Piastowe. Czas na popołudniowy relaks w zdroju, na spacer po parku oraz zimne piwo prosto z beczki.


[...] Łemkowszczyzna [...]