Uwaga!!!
Ze względu na niewielką ilość informacji o Litwie (poza Wilnem, Trokami czy Druskiennikami) oraz na fakt, że jedynym przewodnikiem dla kajakarzy jest książka autorstwa Jana Kramka – wszystkim mającym ochotę na spływ Ułą i Mereczanką polecam niniejszy tekst.
To nie są rzeki dla nowicjuszy – nie polecam spływu nimi osobom, które nie mają dużego doświadczenia kajakowego na polskich rzekach uznawanych za trudniejsze (Krutynia i Biebrza się tutaj nie liczą).
Na rzece Ule trzeba uważać z jednej strony na bardzo często występujące powalone drzewa, często sięgające aż do lustro wody, a więc niewidoczne z pewnej odległości, a z drugiej strony na mielizny, występujące nie tylko w zakolach, ale także często na środku rzeki. Uła jest raczej wąską rzeką – od 6-8m w rejonie Krokslys i Rudni, do 14-18m miejscami w środkowym i dolnym biegu.
Na Mereczance trzeba uważać na głazy zanurzone w wodzie – często tuż pod powierzchnią lustra wody. Łatwo je zobaczyć – obserwując miejsca tworzenia się bystrzy.
Wszędzie na trasie brak infrastruktury turystycznej, sklepów nie ma praktycznie aż do Puvociai, a pola namiotowe mają bardzo spartańskie warunki (za wyjątkiem pola namiotowego w Manciagire i Puvociai – należących do Dżukijskiego Parku Narodowego, gdzie są wychodki).
Zdecydowanie nie polecam spływu w czasie, gdy rzeki toczą swoje wody po okresie zimowym – prędkość nurtu może być wtedy dla niewprawionych kajakarzy zabójcza.
I jeszcze jedno – warto nauczyć się kilku słów po litewsku – nam znajomość tych słów otwierała wszystkie drogi. Gdy nie mogliśmy już powiedzieć czegoś po litewsku, próbowaliśmy po polsku, ale nigdy po rosyjsku. Rosyjskiego używaliśmy, jeśli wcześniej zaczęli go używać nasi litewscy rozmówcy.
Pozdrawiam i życzę udanych spływów.;)
Tradycją się już stało, że w weekend Bożego Ciała wybieraliśmy się ze stałą paczką na spływ kajakowy. W 2007 roku nasza kierowniczka – Beata wymyśliła nam spływ rzekami Litwy – Ułą i Mereczanką na odcinku od Krakszli (Krokslys) do Merecza (Merkine). Cały ten odcinek o długości 69,5 km zaplanowany został na 4 dni (łącznie z transferem z Augustowa) i prowadził przez tereny południowej Litwy (Dżukija) oraz Dżukijskiego Parku Narodowego. Zaopatrzeni w prowiant na 4 dni, w mapę z pascalowskiej serii przewodników dla kajakarzy oraz w sprzęt turystyczny i dobre humory wyruszyliśmy o 6.15 rano w Boże Ciało z Warszawy w stronę Augustowa, skąd wraz z kajakami mieliśmy udać się na Litwę. Po drodze zadziwił mały ruch na drogach – już o 8.45 byliśmy w Augustowie – całkiem niezły czas jak na moją Marysię (tak nazywam mój samochodzik). Szybko zajęło nam wypakowywanie rzeczy z samochodu, pakowanie do busów i obranie lkierunku na Litwę. Po drodze – przejeżdżając przez znane mi już wsie na trasie Augustów – Sejny – wspominałem ubiegłoroczny pobyt w Puszczy Augustowskiej, jednodniowy spływ Czarną Hańczą i wyprawy po grzyby.
Na granicy polsko-litewskiej w Ogrodnikach nie zastaliśmy wielkiej kolejki – raptem kilka samochodów, zatem szybko nas odprawiono (był to jeszcze ostatni rok przed Schengen). Znaleźliśmy się na Litwie (pamiętajmy, że na Litwie obowiązuje czas GMT +2 – godzinę późniejszy niż w Polsce).
Dla mnie była to pierwsza wyprawa do naszego północno-wschodniego sąsiada. Litwa kontrastuje z Polską pod kilkoma względami – rzuca się w oczy dużo mniejszy ruch samochodowy oraz wielkie połacie nieuprawianej ziemi. Jest jakby spokojniej, ciszej, bardziej sielsko. W drodze do Oran (Varena) mijaliśmy mniejsze i większe wsie oraz niewielkie miasteczka – w sumie kilka miejscowości. Niesamowite wrażenie zrobił na nas Merecz – piękny widok na cudny Niemen, wzgórze Królowej Bony oraz urokliwa zabudowa drewniana miasteczka – to niezaprzeczalne atuty miejscowości.
W Oranach trochę pobłądziliśmy (fatalne oznakowanie – dużo gorsze niż w polskich miasteczkach), aczkolwiek samo miasto jest pięknie położone, wśród sosnowych lasów. Tak właściwie Orany dzielą się na dwie części – Stare i Nowe Orany, a przedwojenna granica polsko-litewska biegła tu wzdłuż Mereczanki. Stare Orany były przed II wojną światową po litewskiej stronie, a Nowe Orany po polskiej stronie.
Z Oran do Krakszli prowadzi bardzo niewygodna szutrowa droga, biegnąca w całości wśród lasów sosnowych. Każdy samochód powoduje mocne wzbicie kurzu, co uniemożliwia obserwację drogi na odległość większą niż 20m.Ta droga zresztą prowadzi do kilku wsi zagubionych gdzieś w lasach Dżukiji, a więc ruch na niej jest minimalny – dalej jest już tylko granica z Białorusią.
Do Krakszli dotarliśmy około 13.30 – jakby nie było jest to 110 km od granicy, a 160 km od Augustowa.
Wodowanie kajaków przewidziane było przy moście drogowym w Krakszlach – miejscu dość niewygodnym dla większej liczby kajaków.
Pierwszy odcinek Uły: Krakszle – Rudnia, o długości ok. 9 km nie należy do najciekawszych (i właściwie warto go pominąć, by wykorzystać czas na spływ Niemnem, polecałbym rozpocząć zatem spływ Ułą od miejscowości Zerwiny). Nieprzyjemny zapach wody, jej wyjątkowa mętność i mało ciekawe krajobrazy ciągnące się do wsi Rudnia przemawiają na niekorzyść tego odcinka rzeki. Jedynym plusem na trasie jest krótki odcinek przez jezioro Uła. Na odcinku tym dość często spotykamy przeszkody w postaci powalonych drzew (głównie do jeziora), jednak można je pokonać bez dużego wysiłku.
Do Rudni dopłynęliśmy w sumie późnym popołudniem – jedyne miejsce na rozbicie namiotów jest po lewej stronie, na początku wsi , tuż za mostkiem łączącym dwa brzegi Uły – uwaga na bardzo niewygodny brzeg – wsiadanie i wysiadanie z kajaka jest utrudnione. Pole namiotowe to po prostu kawałek ziemi, z szopą, stajenką dla konika i wychodkiem. W 2007 roku kosztowało nas po 10 Lt za namiot. Wieś Rudnia to biedna wieś, częściowo zamieszkała przez ludzi polskiego pochodzenia. Sporo zachodu zajęło nam znalezienie sklepu we wsi – owszem drewniany żółty budynek stoi w środku wsi, ale zamknięty na głucho nie napawał optymizmem. Okazało się jednak, że podstawowe artykuły spożywcze na spływie (piwo, chleb) można kupić u kobiety, sprzedającej ten asortyment w swoim domu.
Rankiem następnego dnia wypłynęliśmy w dalszą drogę – mieliśmy w planie pokonać aż 24 km. Należy zachować ostrożność w Rudni przy przeniosce (jedynej na szlaku Uły) – a dokładnie przy wysiadaniu z kajaka przed jazem.
Szlak nasz prowadzi wśród lasów, mijamy często wysokie brzegi rzeki, malowniczo wijące się to po prawej, to po lewej stronie. Rzeka silnie meandruje, przeszkody w postaci powalonych drzew zdarzają się średnio co 100 metrów, a więc prędkość spływania nie jest imponująca. Po drodze jest niewiele dogodnych miejsc na odpoczynek, mało też możliwości by przyłożyć się do wykonania dobrego zdjęcia. Lepiej czasem zatrzymać się na mieliźnie, by ze spokojem napawać się ciszą. Na tym odcinku znaleźliśmy jeden punkt, gdzie należy szczególnie uważać – około kilometra przed granicą parku narodowego płynąc od Pauosupe wszerz rzeki leży powalone drzewo, którego się nie ominie – należy dobić do lewego brzegu i przeprowadzić kajak obok.
Po pewnym czasie rzeka wpływa na teren Dżukijskiego Parku Narodowego, o czym świadczy drewniana tablica przy rzece. Uła na razie nie zmienia swego charakteru – nadal płynie raczej wolno i nadal w wodzie jest pełno przeszkód. Mijamy niewielką wieś Zerwiny (Zervinos), a potem przepływamy pod mostem kolejowym, wysoko osadzonym na zboczach rzeki. Pod mostem kolejowym należy uważać na bystrze – rzeka gwałtownie porywa nas dalej na odległość ok 100m – ale przy niewykonywaniu gwałtownych ruchów nic złego stać się nie powinno. Od tego momentu zaczyna się najciekawszy odcinek rzeki – rzeka spływa szybciej, powalonych drzew jest mniej, za to więcej progów skalnych i tworzących się wtedy bystrz. Odcinek od mostu kolejowego do pola namiotowego w Monczagirach (Manciagire) to zdecydowanie szybki odcinek – ponad 4 km pokonaliśmy w kilkadziesiąt minut.
Ciąg dalszy historii nastąpi wkrótce…
[...] Wielbicielom obcowania z naturą polecam zaś kajaki na Litwie. Blisko od granicy z Polską osiągalne są: Uła, Mereczanka, Niemen. Krótka relacja ze spływu znajduje się tutaj: kajaki na Litwie [...]