Spływ Rospudą
Aug 28th, 2009 by nemunas
Nasz drugi eskapadowy wyjazd zaplanowaliśmy na przełom kwietnia i maja 2007 roku i celem naszej eskapady miała być Rospuda, a konkretnie spływ kajakowy ta rzeką. Nasza niewielka liczebnie grupa była pełna nadziei na dobry wypoczynek i moc wrażeń i w oczekiwaniu na ładną pogodę wyruszyliśmy z Warszawy do Augustowa ok. 6 rano. Nasza dzielna koleżanka Aldona całą noc tłukła się pośpiesznym aż z Krakowa – za co ponownie składam jej wyrazy uznania;) Ten kto zna realia podróży koleją, wie z jakiego powodu to uznanie.
Grupa nasza zrazu miała się składać z 8 osób (4 kajaki), jednak albo lenistwo albo inne przyczyny spowodowały znaczne wykruszenie ekipy. A największym zdziwieniem dla mnie był sms od uczestniczki, która o 22.47 wieczorem bezpośrednio przed wyjazdem dała znać, że rezygnuje. Ale my zapamiętamy słomiany zapał niektórych ludzi;)))
W rejonie Ostrowi Mazowieckiej chmury szczelnie przykryły niebo i zaczęliśmy obawiać się najgorszego. Ale dobra muza w samochodzie oraz raczej pozytywne nastawienie nie spowodowały u nas wystąpienia tragicznego w skutkach narzekania i pesymistycznego nastrojenia. Co więcej po następnej godzinie, już w okolicach Grajewa i Rajgrodu chmury zniknęły, dając słońcu pole do popisu.
Po 3 godzinach drogi zameldowaliśmy się w Augustowie na dworcu PKP, skąd odbieraliśmy Aldonkę – naszą dzielną weterankę żelaznych dróg. Nie znaliśmy się z nią wcześniej, ot to nasze pierwsze spotkanie na dworcu chyba nie wypadło najgorzej, bo Aldonka nie uciekła. Po zapakowaniu bagaży podjechaliśmy pod sklep by dokonać kilku najważniejszych zakupów, typu: chleb, chleb w płynie;)))) oraz butelka wina. Tak przygotowani pokręciliśmy się po sennym jeszcze Augustowie bez wyraźnego celu, zdążając jednak do miejsca, skąd nasz pan od kajaków miał nas wywieźć w górę rzeki. Pogoda była nadal przyjemna i słońce coraz mocniej świeciło. Nasz optymizm brał górę, nie wiedzieliśmy wszakże, ze ten spływ przerodzi się w pełną przygód survivalową wyprawę, z której jednak uda nam się wrócić cało i zdrowo, aczkolwiek ze stratami w sprzęcie;)
Droga wzdłuż Rospudy dłużyła się nam niemiłosiernie, zaczęliśmy nawet żartować, że zaraz przekroczymy zieloną granicę z Obwodem Kaliningradzkim. Ale po lokalnych drogach z przyczepą z kajakami te ponad 50km to jednak kawałek. Po drodze nie widzieliśmy oznak ożywienia turystycznego, żadnych kajakarzy i innych zorganizowanych wycieczek. Pomyśleliśmy – fajnie, na Rospudzie nie będzie tłoku jak na Marszałkowskiej w Warszawie. Dojechaliśmy w końcu do Jeziora Garbaś, gdzie po wypakowaniu sprzętu i pamiątkowym foto zaczęliśmy przygotowywać się do spływu.
Pięknie było znowu siedzieć w kajaku, rozkoszować się widokiem jeziora oraz jego jeszcze mało zabudowanych brzegów, w tym lesistego prawego brzegu, nietkniętego w zasadzie przez działalność człowieka. Po kilkunastu minutach łagodnego wiosłowania postanowiliśmy dać sobie czas na powolne chłonięcie tej atmosfery. Na jeziorze zauważyliśmy jeszcze jeden kajak, więc tłoku nie było. Jezioro Garbaś nie jest zbyt długie, ani nie męczy zbytnio, dość sprawnie dopłynęliśmy do wypływu Rospudy. Rzeka od razu ujawniła nam swoje oblicze – zdawała się mówić, że jest niebezpieczna o tej porze roku niczym górska rzeka, mimo że płynie nizinami. I faktycznie – wąska, kręta i o wyjątkowo szybkim bystrzu była dla nas nie lada wyzwaniem. Mało wprawieni kajakarze będą w tym okresie mieć duże problemy ze sterowaniem, szybki prąd bezlitośnie pcha kajak, jakby ważył wraz załogą raptem kilogram.

Po krótkim ale dość ciekawym odcinku rzeki wpłynęliśmy na małe, śródleśne Jezioro Głębokie. Pięknie położone, otoczone tylko lasami i niezabudowanymi polanami od strony wschodniej warte jest ponownego odwiedzenia. W trzcinowisku odnaleźliśmy wypływ Rospudy. I tak jak wcześniej, wąska, kręta i szybka Rospuda – tu jeszcze bardziej niebezpieczna nawet – nie dawała chwili wytchnienia. Co chwilę trafialiśmy na powalone drzewa, pod którymi trudno przepłynąć załodze w kajaku, ostre zakręty, na których prąd rzeki niemiłosiernie przyspieszał, powodując za każdym razem przypływ adrenaliny. Największą jednak złośliwością, niestety ludzką, okazał się dziki, drewniany mostek przez Rospudę postawiony na takiej wysokości, że przy wysokim stanie rzeki nie sposób było go pokonać. Nie wiem – czy to głupota miejscowych, czy specjalne działanie uprzykrzające życie kajakarzom, w każdym razie przeszkoda ta spowodowała przewrócenie mojego kajaka, wraz z całą jego zawartością oraz aparatem cyfrowym, który bezpowrotnie utraciłem. W miejscu wywrotki wody miałem ciut powyżej kolan, a więc nie było głęboko, ale silny prąd porwał aparat gdzieś hen daleko. Wyobraźcie sobie, że z kajaka wypadła także woda mineralna w 5-litrowym baniaku (a taka woda waży kilka kilogramów) i wody tej też nie moglem znaleźć – prąd rzeki był tak silny, że porwał także i tę wodę.
Po pozbieraniu reszty rzeczy udaliśmy się w dalszą drogę w stronę Bakałarzewa, by znaleźć dogodne miejsce na biwak. Trzeba było dokładnie oszacować straty związane z przymusową kąpielą dóbr materialnych oraz wysuszyć w słońcu odzież. Szlak kajakowy Rospudy nie jest tak dobrze przygotowany pod względem obsługi wodniaków na brzegu, dużo pewnie wody w rzece upłynie, zanim brzegi Rospudy przypominać będą brzegi Krutyni. Wylądowaliśmy ostatecznie pod mostem drogowym w Bakałarzewie, miejscu może dość ruchliwym, ale nasłonecznionym na tyle, że dającym szansę na wysuszenie odzieży, śpiworów i namiotów. W sumie straty nie były bardzo dotkliwe, poza oczywiście aparatem cyfrowym. Część udało się nam podsuszyć wieczorem, chociaż niestety miałem tą przyjemność spać w wilgotnym śpiworze. Najbardziej poszkodowany był jednak Paweł, który miał chyba wszystko mokre, łącznie ze śpiworem. Paweł jest bardzo spokojnym człowiekiem, trudno było z niego wydusić jakiekolwiek słowa, określające jego samopoczucie w danym momencie. Wiedzieliśmy, że chce pozostać takim twardzielem jak reszta naszej załogi. Jesteśmy Pawłowi wdzięczni za okazany hart ducha i niezłomność godną bohatera.
Bakałarzewo jest senną wsią gminną (kiedyś nawet miasteczkiem, ale po powstaniu styczniowym carat odebrał tej miejscowości prawa miejskie), a wieczorem jedyną rozrywką dla tubylców było wystawanie na rynku przed kościołem i przystankiem autobusowym. My zaś racząc się ciepłą herbatą, piwem i winem wspominaliśmy dzień pełny przygód.
Następnego dnia – w niedzielę – słońce niemrawo wychodziło zza chmur, a silny wiatr nie dawał szans na szybkie wyjście w nasz rejs. Jedynym plusem takiej pogody było szybkie dosuszenie naszych rzeczy. Około 13 jednak postanowiliśmy wypłynąć – wiatr osłabł, a chmury gdzieś też zniknęły.Krótkim odcinkiem płytkiej i dużo szerszej Rospudy dopłynęliśmy do Jeziora Sumowo – długiego na 4 km i wąskiego jeziora polodowcowego. W czasie tego krótkiego odcinka rzeką musiałem zahaczyć o kamienie, bo już na jeziorze poczułem, że kajak nabiera wody. Nie było może tej wody zbyt dużo, ale ze względu na moje gabaryty, najwięcej jej zbierało się w okolicach mojego siedziska. Co jakiś czas dobijaliśmy do brzegu, by aluminiowym kubkiem wylewać wodę z kajaka. I tak w kółko Macieju do końca dnia – w momencie nagromadzenia się wody dobijałem do brzegu by ja wylewać.
Jezioro Sumowo pokonaliśmy dość sprawnie i przed nami znowu otwierała się Rospuda… niezbyt szeroka, dość kręta ale już o dużo łagodniejszym nurcie. Bez niespodzianek dopłynęliśmy do Jeziora Okrągłego, gdzie na prawym brzegu (uwaga na zamulone dno) postanowiliśmy posilić się i odpocząć (oraz oczywiście wylać wodę z kajaka). Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę – w końcu postawiliśmy sobie dziś ambitny plan – mając ok. 6 godzin chcieliśmy pokonać 17 km, w tym większą część wzdłuż jezior. Za Jeziorem Okrągłym przez kilkaset metrów płynęliśmy Rospudą, która potem wpadała do największego jeziora na trasie – długiego na 7km i wąskiego Jeziora Bolesty. Nie wiem jak nam się udała ta sztuka, ale z dziurawym kajakiem udało się w dość szybkim tempie pokonać ten męczący akwen – może wiatr nam sprzyjał i słońce dodawało sił. W każdym razie nazwa jeziora jest adekwatna do wysiłku, jaki trzeba włożyć w jego pokonanie. Za jeziorem Rospuda jest już szeroką rzeką o niewyczuwalnym nurcie. Siłą mięśni doszlusowaliśmy do Małych Raczek, gdzie jest stała przenioska kajaków (lewą stroną brzegu – uwaga lewy brzeg przed elektrownią jest dość wysoki i niezbyt wygodny przy wysiadaniu z kajaka).
Małe Raczki miały być naszym celem drugiego dnia – i tak w rzeczywistości się stało, po niecałych 6 godzinach (wliczając przerwy techniczne) mieliśmy za sobą dystans 17km. Podjęliśmy decyzję o rozbiciu obozowiska, wzięciu prysznica (2 zł za 2 minuty ciepłej rozkoszy) i zamówienia w knajpie ciepłego dania oraz oczywiście piwa;))) Mieliśmy w planach także i ognisko, ale około 21 nagle zaczęło wiać mocniej oraz temperatura zaczęła spadać do okolic zera stopni. Prognozy na poniedziałek nie były dla nas pomyślne: deszcz od rana a następnej nocy także przygruntowe przymrozki do -4 stopni. Zdecydowaliśmy o przeczekaniu w Małych Raczkach.
Ranek obudził nas pochmurną pogodą, zupełnie niesłoneczną pogodą. Po godzinie 9 zaczęło nawet padać, zrazu delikatnie i jakby od niechcenia, potem mocniej, a po 10 wywiązała się dość mocna ulewa. Postanowiliśmy posiedzieć w knajpie w Małych Raczkach. Około 12 deszcz zanikł, ale dość silny wiatr oraz niska temperatura zniechęciły nas do pomysłu dalszego spływania. Tego dnia w okolicach wczesno-popołudniowych zauważyliśmy pierwszą większą ekipę kajakową – około 20 kajaków z ludźmi ubranymi szczelnie od stóp do głów, jakby na spływ zimowy. My nie podjęliśmy ryzyka płynięcia w taką pogodę – postanowiliśmy wrócić do Augustowa samochodem. Korzystając z gościnności pana od kajaków przycupnęliśmy na noc w ciepłym domku. Wieczorem poszliśmy jedynie do jakiejś garkuchni zjeść ciepły posiłek.
Czwartego, ostatniego dnia naszej eskapady wyjechaliśmy po 9 rano, by dojechać do Warszawy o sensownej porze. Aldonka chciała złapać jakiś sensowny pociąg do Krakowa, a ja musiałem przygotować się do wyjazdu w Bieszczady, organizowanego już następnego dnia. Po drodze zatrzymaliśmy się w Tykocinie, gdzie po zjedzeniu obiadu i spacerze po miasteczku udaliśmy się już do celu naszej podróży jakim była Warszawa.


[...] W kwietniu 2007 roku serwis Eskapady zorganizował spływ kajakowy na rzece Rospudzie. Relacja z tego wydarzenia znajduje się tutaj: spływ Rospuda [...]